czwartek, 5 września 2019

Dlaczego oni malują innymi farbami niż ja?

Dziś z gościnnym wpisem wystąpi Kamil z KFS Miniatures. Prośbą, groźbą i przemocą nakłoniłem go, by rozwinął bardzo ciekawą myśl, która padła przy okazji dyskusji na temat "dlaczego modelarze figurkowi używją innych farb niż modelerze redukcyjni?". Nie znajdziecie tu wyczerpującego przewodnika po świecie farb, bo to w zasadzie temat na grubaśny elaborat. Znajdziecie za to skrótowe przybliżenie tematu i garść ciekawych spostrzeżeń. Także życzę miłej lektury, a tymczasem oddaję głos Kamilowi:     






Nie do przeoczenia jest fakt, że dzieląc modelarstwo – w wielkim uproszczeniu — na redukcyjne i figurkowe, w obydwu tych dziedzinach korzysta się z dość odmiennej chemii. W pierwszej kolejności wynika to z faktu, że odmienna specyfika modeli wymaga do pewnego stopnia różnych technik. A co za tym idzie także różnych farb. Jednocześnie w prostej drodze jest to pochodna rozwoju i podwalin całej branży.

W modelarstwie redukcyjnym u zarania dziejów używało się emalii olejnych. Nie farb olejnych (i do nich dojdziemy), ale emalii olejnych. Humbrol w starym świecie, Testors za oceanem. Dopiero pod koniec minionego stulecia zaczęły pojawiać się na szerszą skalę modelarskie wodorozcieńczalne farby akrylowe. Przede wszystkim Testors i jego biedniejsza siostra Pactra, a także Vallejo.



Zupełnie osobną kategorię stanowią farby z Japonii. Tamiya początkowo też robiła emalie olejne. Takie, które niedawno wróciły na rynek, w specyficznych buteleczkach. Zupełnym przypadkiem w kształcie identycznym z niegdysiejszymi emaliami olejnymi Testorsa. Potem na rynku pojawiły się także emalie akrylowe tego producenta. I takoż seria — wówczas Gunze H. Nie mam pojęcia, jak to się plasowało czasowo, kto był pierwszy i dlaczego. W każdym razie to są bardzo podobne do siebie farby i z innymi modelarskimi farbami akrylowymi mają tyle wspólnego, że zawierają jakąś żywice i da się je rozcieńczać wodą. Choć używanie jej właśnie jest najgorszym z możliwych pomysłów. Bo, co warto podkreślić, istnieje drobna różnica miedzy 'da się' a 'jest wskazane'. Tutaj wskazane jest rozcieńczanie ich rozcieńczalnikiem do serii C z Gunze, czyli obecnie Mr. Color (podobnie sprawował się ponoć również któryś rozcieńczalnik Tamiya, do emalii olejnych chyba, ale tu nie chce pisać szczegółowo, bo nie używałem; od kiedy kupiłem pierwszą butelkę Mr. Thinnera niczego więcej nie potrzebowałem). Popularnie nazywanych celulozowymi, choć mam przeczucie, że to też bardzo umowne określenie. Mniejsza o to. To zupełnie inne farby niż emalie olejne. A ich popularność zależy od wielu czynników. W Ameryce, czy na wyspach brytyjskich modelarstwem parają (tudzież parali się, bo popularność tego hobby jest baryczna; ilość modelarzy spada wraz ze spadającym ciśnieniem) głównie starcy, toteż malowanie czymś innym niż humbrolek, albo testors (oczywiście za oceanem malowanie tylko monogramów, a w jukeju - erfiksów) to obarczone ryzykiem śmierci wyjście poza strefę komfortu. Jeszcze w stanach trochę się przyjęły tamki, bo Tamiya to jedyna powszechnie tam znana zagraniczna marka modelarska. No i jak wspomniałem, pierwsze farby tego producenta były w zasadzie podróbką Testorsa. Sęk w tym, że tamka olejna na wiele lat zniknęła z rynku, a ta akrylowa się nieszczególnie nadaje do pędzlowania. Koniec końców zatem — jednak testorsy górą. Na starym kontynencie z kolei było falowo – bo pomijając Humbrole, raz lepsza była dostępność Gunze, raz Tamiya. Sytuacja zatem była taka, że trudno było wskazać lidera — jedni malowali emaliami olejnymi, inni tymi różnymi japońskimi wynalazkami. Zresztą emalie olejne produkowało więcej firm. I niektóre to miały opinie najlepszych farb ever. To znaczy, schły kilka dni, błyszczały, zdarzały się różnice w odcieniach pomiędzy puszkami, no i były spakowane w ultraniepraktyczne puszeczki (jak większość takich emalii), ale tak poza tym to były najlepsze na świecie. Co prawda tylko do czasu, gdy jeden z drugim spróbował Gunze C coś pomalować, to wtedy szybko się okazywało, że „dokupią następne gunziaki jednak”, ale to typowe. Lubimy, to co znamy.




Dość niezależnie pojawili się producenci wodorozcieńczalnych winylowych akryli. Takim starszym jest włoski Lifecolor. Przy czym dopiero w ostatniej dekadzie zaczęli coś robić w kierunku bycia choć trochę popularnym. Dobrze znane Vallejo też wyrosło z produkcji farb dla plastyków, ale wygłupiać się w robienie farb przeznaczonych do czegoś innego niż figurki — a zatem do samolotów albo czołgów, to zaczęło zupełnie niedawno. Bo nawet jak kiedyś tam pojawiła się seria Panzer Aces, to tam były kolorki do mundurów, do gąsienic, do ekwipunku saperskiego itd., ale nie do malowania całych pojazdów. Bardzo w tym rynku namieszało pojawienie się AK-Interactive, które drapieżną jak na branżę modelarską promocją i niegłupimi pomysłami wtłoczyło na rynek i bardzo spopularyzowało winylowe akryle. I to właśnie do pojazdów. Znacznie później, trochę jednak desperacko, także do samolotów. W tej niszy wcześniej jednak było AMMO, powstałe jakiś czas w wyniku jakichś niesnasek między właścicielem a pomysłodawcą tej pierwszej marki. A przed nimi było Lifecolor, tylko że bez odpowiedniej promocji.



No ale skoro o winylowych akrylach mówimy, to do malowania figurek były one znane i lubiane znacznie wcześniej. Bo Vallejo, ale też Andrea. Ci ostatni z genialnymi poradnikami promującymi te farby. Poradniki miał też Games Workshop. I swoje farby. Tu nie znam historii, poza tym, że w świecie redukcyjnym zawsze cieszyły się te farby należytym szacunkiem — jeśli chodzi o jakość. Rzecz jednak w tym, że po pierwsze zazwyczaj nie trafiały do sklepów modelarskich. Po drugie, paleta citadelek jest mało militarna. A do tego te nazwy... No w każdym razie, to w figurkach, a nie ogólnie w modelarstwie, przez dekady widoczny był wyraźny podział w stosowanych farbach. Jedni malowali akrylami, inni farbami olejnymi. Takimi dla plastyków. Nie opisywanymi wyżej emaliami olejnymi.




Tu mała dygresja — figurki inne niż historyczne to jest naprawdę stosunkowo młody temat. Z perspektywy modelarskiej, to od jakiegoś czasu, gdzieś tam był olbrzymi świat łorhamera, ale na imprezach modelarskich to były figurki historyczne i jakiś tam promil innych. No ale najwięksi producenci ludzików zaczęli stopniowo wprowadzać coś innego niż żołnierzyki i rycerzyki. I szczególnie cycki zaczęły się dobrze sprzedawać. Jednocześnie zdaje się, że w świecie gier bitewnych figurki z tychże przestały wystarczać. Koniec końców, nastąpiło zderzenie tych światów, i stąd oferta figurek obecnie wygląda, jak wygląda. To tak w wielkim skrócie i uproszczeniu. W wielkim uproszczeniu także wspomnę, że dzięki temu zderzeniu zaczęły również do pewnego stopnia przenikać stosowane techniki i materiały. Choć mam nieodparte wrażenie, że środowisko figurkowe jest w tej materii nieco bardziej zachowawcze.

No ale skoro już do tablicy został wywołany Games Workshop, to warto się przy nim zatrzymać na chwilę. Ze sobie tylko znanych względów decydując się na produkcję farb, postawił na winylowe wodorozcieńczalne akryle. Uczciwie przyznać trzeba, że zrobił to dobrze. To, czyli po pierwsze farby — naprawdę jedne z lepszych w swojej kategorii. Po drugie i zapewne ważniejsze, udanymi poradnikami i odpowiednią konstrukcją oferty niezwykle skutecznie zbrandował swoich klientów. Nie będę tu heheszkował z ludzi szukających wiertełek GW do wiertarki ręcznej GW, bo o tym samym mokre sny mieli i mają producenci chemii i utensyliów dla modelarzy redukcyjnych. I niektórym to te sny się nawet w niemałym stopniu ziszczają. Oczywiście za sprawą dość agresywnego marketingu. GW był po prostu w niszy i tam brylował. Gdy niszą być przestał, to miał już wystarczająco wielką fanbazę. W świecie redukcyjnym walka o taką fanbazę jest nienaturalna i groteskowa — że przytoczę ostatnie zdanie maila, na którego nawet nie miałem siły odpisywać, bo w sumie to słów mi zabrakło - "Let us know, we are open to collaborate although we will like you to join our team of "only" XXX colors in my Workbench‼". No w każdym razie wracając do tematu Citadelek, wywołanych nie bez przyczyny. Ponieważ, jak wspomniałem, główny nurt w figurkowie, czy też zdecydowana większość najbardziej znanych i cenionych malarzy wywodzi się w mniejszym lub większym stopniu ze świata gier bitewnych. Świata przez lata zdominowanego przez Games Workshop, jeśli już nie samymi figurkami, to jednak chemią i technikami malowania miniaturowych laleczek. I w ten sposób należałoby tłumaczyć obserwację, że do laleczek najczęściej używane są wodne akryle. Siła przyzwyczajenia.

Wracając jeszcze do tematu farb olejnych, to pomijając kwestie malowania nimi figurek (do dziś jednak popularnego, choć nie tak jak dawniej), to już będzie naście lat, jak po raz pierwszy próbowano je wcisnąć na rynek modelarski na szerszą skalę. Do weatheringu. Wtedy nie siadły. Potem i tak pojawiła się 'nowa lepsza' propozycja, czyli gotowe płyny, na bazie emalii olejnych. Więc o olejach w gruncie rzeczy zapomniano na wiele lat. Dopiero niedawno nastąpił ich renesans. No ale też zmieniły się realia, zmienił się rynek. No i branża modelarska się zmieniła. W tym marketing. Już nie tylko zaczął w ogóle istnieć, ale w swoim poziomie innowacyjności doszedł nawet do jakości znanej z przełomu wieków.



A zatem podsumowując — w branży modelarskiej chemii jest, najzwyczajniej w świecie, wielki pierdolnik. Mnogość produktów (już nie mówię nawet o samych markach, które w ostatniej dekadzie pojawiają się jak grzyby po deszczu, ale o rodzajach chemikaliów), nawet w obrębie oferty poszczególnych producentów, może budzić uzasadnione zamieszanie w głowie. Bez wątpienia sprawy nie ułatwia również brak jakiejś spójnej nomenklatury (materiał na książkę!). Tu jakoś modelarze sami starają się sobie z tym radzić, nazywają umownie różne rodzaje farb to winylami, to lakierami, to emaliami. Niemniej jednak czytając materiały czy dyskusje na ten temat, zawsze warto dopytać, o jakie konkretnie rodzaje farb chodzi, bo owo nazewnictwo nie ma kajetu z notatkami umieszczonego w gablocie w Sevres.

Na koniec wreszcie — we wstępie zasygnalizowałem, że jednym z czynników sprawiających, że inne specyfiki dominują w modelarstwie figurkowym, a inne w tak zwanym redukcyjnym są narzędzia i technologie. To znowu temat na osobną historię. No ale ponownie w wielkim uproszczeniu — figurki to przede wszystkim detale. Miniatury czołgów i samolotów to jednak powierzchnie. Malowanie tych ostatnich w niebagatelny sposób usprawnia użycie aerografu. Dlatego to, ma on naprawdę wysoką pozycję w palecie utensyliów niezbędnych w warsztacie modelarza redukcyjnego. Ten fakt miał niebagatelny wpływ na kierunek rozwoju farb w tej branży. Dlatego Tamiye, Gunziaki i temu podobne, świetne do aerografu, pędzlowi już tak przyjazne nie są. Warto pamiętać, że aerograf relatywnie niedawno stał się popularnym narzędziem wśród modelarzy figurkowych. Oczywiście producenci winyli chcąc również uszczknąć kawałek tego tortu stworzyli serie najczęściej zwane Air — Vallejo, Citadel, i te wszystkie AK, AMMO, a nawet Lifecolor (Ba, nawet palety artystyczne mają swoje linie Air, np. Schmincke — Rebe). Sęk w tym, że jest to jednak kombinowanie na siłę, bo tego typu farby nadają się do aerografu tak samo, jak kuchenka mikrofalowa do robienia zapiekanek. No ale tort to smakowity tak jak i wizja zbrandowania klientów.

KFS

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz